Mijał kolejny wieczór. Siedziałem z
chłopakami w salonie, oglądając jakąś bzdurną komedyjkę, na
którą Ravi się uparł. To już nawet Hyuk był poważniejszy od
niego. Spojrzałem na lidera, który leżał obok, opierając głowę
na moich kolanach, a na mojej twarzy momentalnie pojawił się lekki
uśmiech. Od jakiegoś czasu byliśmy w szczęśliwym związku.
Kochałem go bardziej niż można to sobie wyobrazić. Był całym
moim światem. Położyłem dłoń na jego płaskim brzuchu i
patrzyłem jak gra na swojej komórce. Spojrzał na mnie i uśmiechnął
się, tym swoim cudownym uśmiechem, od którego miękły mi kolana.
Pochyliłem się nad nim i musnąłem lekko jego usta. Zamruczał
cicho, a na moich ustach pojawił się jeszcze większy uśmiech.
- Jak ci idzie? - popukałem palcem w ekran jego telefonu. Chłopak uśmiechnął się, po czym wyłączył grę i schował telefon, splatając nasze dłonie.
- Już mi się znudziła – patrzył przed siebie, gładząc kciukiem moją dłoń. To było tak urocze, że nie mogłem przestać się uśmiechać. Wolną dłonią uniosłem jego podbródek, po czym nachyliłem się nad nim i pocałowałem. Jego miękkie wargi, za każdym razem wywoływały u mnie dreszcze przyjemności. Nie musiałem czekać długo, by mój partner oddał pocałunek. Mrugnąłem do niego i wstałem kierując się do naszego pokoju. Jak dobrze, że Ken zgodził się ze mną zamienić, tak bym mógł dzielić pokój z ukochanym. Byłem mu bardzo wdzięczny. Po chwili mój partner dołączył do mnie i razem położyliśmy się na moim łóżku. Nie potrzebowaliśmy rozmawiać, akurat teraz. Dobrze było po prostu leżeć razem i milczeć. Nie było to krępujące milczenie. Gładziłem delikatnie bok chłopaka, słuchając jego cichego mruczenia.
Tak wyglądał niemal każdy dzień,
do czasu. Lider zaczął niespodziewanie znikać po treningach.
Wracał późno, więc nie miałem okazji z nim o tym porozmawiać.
Za każdym razem wykręcał się, że jest zmęczony, że go boli
głowa. A ja za każdym razem miękłem, dając mu spokój. Dusiłem
w sobie, jak bardzo denerwuje mnie ta sytuacja, przez co wyżywałem
się na pozostałych członkach zespołu.
Kolejny dzień po treningu,
siedziałem w kuchni z kubkiem herbaty. Tępo wpatrywałem się w
przestrzeń przed sobą, zastanawiając się gdzie mój ukochany
znowu zniknął. Ta sytuacja zaczynała mnie przerastać. Dopiero po
dłuższej chwili zorientowałem się, że naprzeciw mnie siedzi Leo.
Rozmawialiśmy bardzo długo, wyrzuciłem wszystko co mnie drażniło,
wszystko to co dusiłem w sobie tak długi czas. Było mi lżej i za
namową Leo postanowiłem porozmawiać z chłopakiem, jak tylko wróci
do domu. By nie przeszkadzać chłopakom, zgasiłem światło w kuchi
i przeszedłem do swojego pokoju. Czekałem na Hakyeona, jednak on
nie wracał mimo iż było już bardzo puźno. Zaniepokojony
dzwoniłem o niego, jednak nie odbierał. Próbowałem się uspokoić,
tłumacząc sobie, że pewnie nie słyszy telefonu, albo nie może
odebrać. Jednak niewiele mi to pomagało. Panika narastała z każdą
chwilą. Po chwili odezwał się mój telefon, a widząc na
wyświetlaczu napisz „Skarb” odebrałem momentalnie.
- Yah! Czemu nie odbierasz, wiesz...
- Witam, dzwonie ze szpitala
głównego. Pański przyjaciel przebywa obecnie na oddziale
intensywnej terapii z powodu.... - dalej nie byłem w stanie
słuchać. Moje serce waliło jak oszalałe, zrobiło mi się słabo
i ledwo mogłem ustać na nogach. Trzask telefonu upadającego na
podłogę sprowadził do mojego pokoju Leo. Momentalnie chwycił
mnie i posadził na łóżku. Jego słowa docierały do mnie jak
przez mgłę. W końcu potrząsnął mną mocno, przez co nieco
bardziej zacząłem kontaktować.
- Hakyeon....jest w
szpitalu....- chłopak nawet w takiej sytuacji zachował zimną
krew. Momentalnie kazał mi się ubrać i zejść na dół.
Sam zniknął w swoim pokoju, a już po chwili zszedł na dół
ubrany z kluczykami w dłoni. Pociągnął mnie za sobą i
wpakował do samochodu. Sam nie ruszyłbym się z pokoju.
Byłem w szoku. Po kilku minutach byliśmy w szpitalu i szybko
odszukaliśmy salę w której leżał mój ukochany. Do oczu
nabiegły mi łzy, widząc go nieprzytomnego. I te wszystkie
maszyny, do których był podpięty. Usiadłem obok jego łóżka
i chwyciłem jego dłoń. Serce mi się krajało widząc go w
takim stanie. Nawet nie wiedziałem co jest przyczyną jego
stanu. To na pewno nie był wypadek. Nie był ranny. Dopiero
od Leo się dowiedziałem. wszystkiego. Mój ukochany był
chory i nic nie można było na to poradzić. Moje serce
pękało na tysiące kawałków, a w głowie pojawiały się
pytanie na które odpowiedzi nie znałem. Pozostało mi tylko
czekać, aż kochanek się obudzi.
Godziny
dłużyły się niesamowicie, a ja miałem wrażenie, że unoszę się
w pustce. Wszechobecna cisza, była wręcz przerażająca. Chciałem
krzyczeć, jednak z moich ust nie wydobywał się żaden dźwięk.
Nie wiem jak długo trwał ten stan. Po chwili usłyszałem miarowe
pikanie. Wytężyłem słuch, starając się odgadnąć, czym jest
źródło owego dźwięku. Nagle zrobiło się jaśniej, a pod sobą
poczułem coś twardego. Powoli otworzyłem oczy, mrużąc je przez
oślepiające mnie światło. Rozejrzałem się dookoła próbując
się zorientować gdzie się znalazłem. Białe ściany, białe meble
i te wszystkie kable, rurki które były podpięte do moich rąk i
dłoni. Na fotelu, pod oknem spał Hongbin. Jego twarz wyrażała
zmartwienie i skrajne zmęczenie. Domyśliłem się, że już o
wszystkim się dowiedział. Podniosłem się nieco i oparty o ramę
łóżka, czekałem wpatrzony w ścianę.
- Hakyeon...obudziłeś się wreszcie... - ciszę przerwał ciepły głos mojego ukochanego. Chwycił moją dłoń i pocałował ją. Poczułem w sercu to przyjemne ciepło, jak zawsze kiedy mnie całował.
- Tak... - spuściłem głowę czując ogromne wyrzuty sumienia. Wiedziałem, że w końcu będę musiał mu powiedzieć, jednak nie sądziłem, że choroba będzie postępować tak szybko. W oczach stanęły mi łzy, które usilnie próbowałem powstrzymać. Poczułem na policzku jego dłoń, a po chwili jego usta na moich. Bez wahania oddałem pocałunek, pozwalając łzom spłynąć po policzkach. Tak bardzo go kocham, a myśl, że go stracę była nie do zniesienia. Spojrzał mi w oczy uśmiechając się, jednak wiedziałem, że to wymuszony uśmiech. Zbyt dobrze go znałem. W tym uśmiechu nie było tego światła i ciepła. Już wiedziałem, że mu powiedzieli. Wtuliłem się w niego mocno.
- Już wiesz, prawda?
- Tak....wiem... - słyszałem jak jego głos się łamie, a po chwili poczułem jego łzy. Tak bardzo bolało mnie serce. Odsunąłem się i chwyciłem jego twarz w dłonie.
- Wiesz, że moje serce zawsze będzie należeć do ciebie...
Dziś
odbył się pogrzeb Cha Hakyeona. Nad jego trumną zgromadzili się
najbliżsi przyjaciele oraz rodzina pogrążona w rozpaczy. Dla
wszystkich była to ogromna strata i mimo iż zawsze im powtarzał,
by się nie smucili po jego odejściu, ciężko było żyć bez
słońca jakim chłopak był. Lee Hongbin stracił kontakt ze światem
i gdyby nie jedyny bliski przyjaciel chłopaka, ten zaniedbałby się
zupełnie. Leo miał klucze do mieszkania przyjaciela i odwiedzał go
codziennie, pomagając dojść do siebie. Miał nadzieję, że w
końcu jego przyjaciel zapomni i będzie w stanie żyć dalej. Nie
sądził, że znajdzie pożegnalny list na stoliku w salonie.
„Zostaliśmy
stworzeni, by być razem i nawet śmierć mi go nie zabierze”